Magia nie zmienia świata, jeszcze bardziej go komplikuje.
Sama nie wierzę, że tak szybko napisałam nowy! ; o
Praktycznie powstał dzisiaj - no wczoraj, bo już po dwunastej.
Nie wiem co myślę, bo chce mi się spać, tak? xD
- Colin?! - wykrzyknęła zaskoczona dziewczyna. Ostatnim razem, kiedy go wiedziała, był małym chłopcem w okularach. A teraz? Praktycznie go nie poznała. Jedyne, co w nim się nie zmieniło, to oczy. Oczy nadal miał takie same. Błękitne niczym niebo w słoneczny dzień, jak tafla wody, jak lustro, w którym można się przejrzeć.
Melanie miała ochotę rzucić mu się w ramiona jak małe dziecko, które potrzebuje pocieszenia czy bliskości drugiej osoby. Ale dzieliło ich zbyt wiele lat. Byłoby to wręcz niezręczne. Dlatego uśmiechnęła się ciepło, ale zanim zdążyła cokolwiek dodać, chłopak wykonał pierwszy ruch. Przyciągnął do siebie brunetkę i objął z całych sił.
Pomimo czasu, który upłynął, Mel nadal pamiętała jego zapach. Pachniał różami i cynamonem. Zły dobór. Róże nie są specjalnym zapachem dla mężczyzn, ale gdy mieszka się z trzema siostrami i matką, bo ojca praktycznie nie ma, ponieważ służy w wojsku, można się przyzwyczaić.
- Miło cię znów widzieć, mam nadzieję, że tym razem zostaniesz trochę na dłużej, hm? - oparł się o brzeg mahoniowego biurka. Jego wielkie oczy lśniły, wpatrywały się w brunetkę.
- Chyba tak - odpowiedziała z niezręcznym uśmiechem.
- No? Na co czekasz? Opowiadaj jak życie.
Dziewczyna rozejrzała się dookoła. Zauważyła sprzedawczynię. Miała lekko różowe włosy, zakręcone w loki. Okrągłe złote okulary na łańcuszku. Jak miła starsza pani, pomyślała. Ale nie wyglądała na miłą, miała oczy zimne jak lód. Bacznie przyglądała się dziewczynie.
- Tutaj? Może gdzieś pójdziemy? O, pamiętasz tę herbaciarnię na rogu trzydziestej czwartej? Jeśli masz czas...
- Dla ciebie zawsze mam czas, Meli - uśmiechnął się łobuzersko. Zrobiło jej się miło, kiedy byli mali, wymyślali sobie przezwiska. Ona była Melita, Melly, Melis, Melcy, a nawet Milkyway. Ale i tak wolała jak mówi się do niej Melanie, tak po prostu. I tak już uważała, że nazywa się jak kot, a przezwiska tylko ją denerwowały.
- To chodźmy.
*
Kiedy dotarli na miejsce, Mel odetchnęła z ulgą. Kolejne miejsce, które pozostało takie samo. Na ścianach nadal widniała ta sama farba, brąz wpadający w fiolet. Na niej wisiały obrazy pokazujący jak zmieniała się metropolia od czasu jej początku. Przy każdym szklanym stoliku znajdowała się albo kanapa, albo fotele, które wyglądały na przesiąknięte już starością. Mimo tylu lat nadal były wygodne. W głębi pomieszczenia znajdowała się mała scena, na której występowali amatorzy. Co jakiś czas organizowano wieczorek poezji. Jej matka była wielką fanką i chciałaby, żeby córka również miłowała sztukę, dlatego zawsze, kiedy było to możliwe przyjeżdżały oglądać występy.
Za ladą stała siwowłosa staruszka z zielonym fartuszkiem. Którą dziewczyna również kojarzyła. Meredith.
Usiadła razem z Colinem w rogu, czekając na swoje zamówienie.
- Dlaczego postanowiłaś wrócić? - chłopak usadowił się w miękkim fotelu.
- Mój dziadek zmarł, a babcia jest w szpitalu, więc nie mogła sprawować opieki. A póki nie skończę osiemnastu lat jestem...
- Uwięziona - dokończył za nią.
- Dokładnie - poprawiła ręką grzywkę w chwili kiedy staruszka przyniosła herbatę. Ona zamówiła zieloną, a on owocową. - A co u ciebie, wujka i cioci? - mimo że tak naprawdę nie była z nimi spokrewniona, mówiła do jego rodziców jak do rodziny. Nawet nie pamięta dlaczego. Może spędzała z nimi za dużo czasu? Posłodziła swoją herbatę.
- Nic specjalnego, wiesz... - opuścił wzrok i podniósł kubek.
- Jak nic specjalnego? - uśmiechnęła się. - Wujek nadal jest na służbie?
- Właściwie to on... był na ostatniej służbie, rok temu, w Iraku. Nie wrócił z niej, dostaliśmy wiadomość, że... nie żyje. Matka się załamała, dopiero miesiąc temu odstawiła leki i wróciła do normalnego życia.
I ta niezręczna chwila. Co ona miała mu teraz powiedzieć? Przykro mi? Było jej przykro, ale to jest najgorsza rzecz, jaką chce się słyszeć, nawet po tak długim czasie. Nienawidziła, kiedy ludzie się jej pytali po śmierci dziadka, jak się czuje, jak daje sobie radę, czy czegoś potrzebuje. Okazywali troskę, użalali się nad nią. I wiedziała, że on nie potrzebuje jej współczucia. Przeklęła w duchu. Wiedziała, jak on się teraz czuje. Ale nie zdobyła się na nic więcej jak na same:
- Okay.
- Okay. - Odpowiedział, podnosząc z powrotem wzrok.
- Tak.
- Tak.
- Możesz już przestać? - zwróciła mu uwagę, odstawiając kubek z gorącą herbatą.
- Przestać? Ale co?
- Papugować po mnie! - udała urażoną, a on się zaśmiał.
- Okay.
- Okay.
*
Wróciła do domu późnym wieczorem. Czuła się bardzo dobrze, długo brakowało jej tego uczucia.
Kiedy na dworze zapanował zmrok dziewczyna weszła głównymi drzwiami, chcąc uniknąć tych ogrodowych. Nadal kiedy zamykała oczy, widziała ciało Alais. Wzdrygnęła się na samą myśl.
- Melanie?! - Rose wpadła rozwścieczona do salonu. - Gdzie ty do cholery byłaś?! Dzwoniłam z milion razy! Nie miałaś zamiaru odebrać? Co ty sobie wyobrażasz? Nie ma cię cały dzień, ja tu od zmysłów odchodzę, ty... - umilkła. - Idź do pokoju.
Czy ona naprawdę zachowywała się jak matka która krzyczy na zbuntowaną córkę? Czy ona właśnie robiła jej kazanie? Chyba coś jej się pomyliło, pomyślała brunetka.
Melanie przewróciła oczami i wbiegła na górę po schodach. Kiedy znalazła się już w swoim pokoju, zatrzasnęła drzwi, nie pozwalając przy tym wejść siostrze. Jednak to nie przeszkodziło Rosalie by wejść do środka.
- Dobra, przepraszam. Nie powinnam była tak naskakiwać, ale... martwiłam się, rozumiesz - oparła się o framugę.
- Nie. Właśnie, że nie rozumiem. Nie jesteś moją matką, Rose. Pamiętasz o tym?
- Wiem, przecież jestem twoją siostrą.
- Tak, jesteś moją siostrą, ale tylko na papierku. Nigdy nią naprawdę nie będziesz. Gdzie byłaś przez te wszystkie lata? No pytam się, gdzie wtedy byłaś? Od trzech lat nie miałam z tobą żadnego kontaktu. Więc proszę cię, nie mów, że się martwisz. Jestem ci zupełnie obojętna tak jak i ty mi. Więc skończ i wyjdź, chcę się położyć.
Blondynka opuściła wzrok, chciała coś dodać, ale zrezygnowana wyszła z pokoju.
Kiedy Rose wyszła, Melanie poczuła ścisk w gardle. Nigdy nie sądziła, że coś takiego powie. Nie chciała tego, ale ona wyprowadziła ją z równowagi. Szybko stłumiła w sobie poczucie winy i sięgnęła po notatnik i ołówek. Zaczęła rysować.
*
Odłożywszy zeszyt podeszła do szafy. Przebrała fioletową sukienkę na czarne spodenki z szarą, zdecydowanie za dużą koszulkę z napisem. Zaplotła włosy w kitkę i usiadła na dywanie. Miała zamiar się rozpakować, ale nie miała na to siły. Wyciągnęła telefon z kieszeni i dopiero teraz zauważyła dwadzieścia cztery nieodebrane połączenia. Okay, Rose mogła się zdenerwować. Odkładając telefon, usłyszała hałasy w kuchni, jakby ktoś rzucił talerzem o ścianę. Spojrzała na zegarek; dochodziła dwudziesta druga.
Stwierdziła, że rozpakuje się kiedy indziej. Wstała i już miała się położyć, kiedy znów usłyszała hałas i... krzyk? Mimowolnie sięgnęła po kij bejsbolowy, ten od wujka Nicka, i ruszyła na dół.
Im znajdowała się bliżej kuchni, tym hałas był głośniejszy. Coś podobnego do odgłosu bójki. Będąc już na parterze zauważyła jaskrawy kolor, czyżby się paliło? Przez szparę w drzwiach zajrzała do pomieszczenia. Na początku nic nie widziała prócz płomieni, ale później zauważyła dwie postacie, najprawdopodobniej mężczyźni ubrani na czarno, pochyleni nad... Rosalie. Brunetka zamarła.
- Nie żyje, robota wykonana, możemy iść - burknął jeden do drugiego, klaskając w ręce.
- Nie powinniśmy jej zabrać?
- Po co? Nie żyje. Nowa Waga urodzi się dopiero za kilka miesięcy, nasz Pan zdąży w tym czasie wcielić plan w życie. Jest nam niepotrzebna. - Odparł i wyszedł. Drugi zrobił to samo.
Kiedy Melanie uznała, że już jest bezpiecznie weszła do kuchni. Najpierw ogarnęła ją fala gorąca przez płomienie, a następnie dotarła do niej fala zimna przez otwarte drzwi. Uklękła przy siostrze. Wyglądała zupełnie jak tamta kobieta, która leżała dokładnie w tym samym miejscu jeszcze kilka dni temu. Poleciały jej łzy. Odepchnęła od siebie myśli. Zauważyła ranę tuż obok serca, nie znała się na tym, ale wiedziała, że była głęboka. Skóra była lekko zwęglona, Melanie od razu cofnęła dłoń. Rose cała płonęła. Dopiero teraz pożałowała tych słów, słów, które powiedziała jej tuż przed śmiercią. Przecież ona tak nie myślała. Tak się mówi tylko w złości.
Zaschło jej w gardle. Serce jej się ścisnęło. Odwróciła głowę, by rzucić kij gdzieś w kąt, kiedy ktoś złapał ją za rękę. Krzyknęła z bólu i przerażenia. Nie tak normalnie. Ten uścisk był stalowy i gorący. Kiedy się odwróciła zobaczyła, że siostra resztkami sił ściska jej nadgarstek. Melanie nie mogła wytrzymać bólu, próbowała wyrwać rękę, ale nic.
- Hic venit. Zostałaś Wagą.
Głowa Rose z powrotem opadła na kafelki.
Melanie wyrwała rękę i krzyknęła jeszcze głośniej. Odsunęła się tak daleko, jak tylko mogła. Spojrzała na swój nadgarstek. Wyglądał tak, jakby się oparzyła.
Płomienie wokół niej zgasły.
Koniec :3
Edit od bety: Nigdy więcej sprawdzania rozdziałów po północy, Olu. Więcej błędów było z mojej winy niż z Twojej xD
Melanie miała ochotę rzucić mu się w ramiona jak małe dziecko, które potrzebuje pocieszenia czy bliskości drugiej osoby. Ale dzieliło ich zbyt wiele lat. Byłoby to wręcz niezręczne. Dlatego uśmiechnęła się ciepło, ale zanim zdążyła cokolwiek dodać, chłopak wykonał pierwszy ruch. Przyciągnął do siebie brunetkę i objął z całych sił.
Pomimo czasu, który upłynął, Mel nadal pamiętała jego zapach. Pachniał różami i cynamonem. Zły dobór. Róże nie są specjalnym zapachem dla mężczyzn, ale gdy mieszka się z trzema siostrami i matką, bo ojca praktycznie nie ma, ponieważ służy w wojsku, można się przyzwyczaić.
- Miło cię znów widzieć, mam nadzieję, że tym razem zostaniesz trochę na dłużej, hm? - oparł się o brzeg mahoniowego biurka. Jego wielkie oczy lśniły, wpatrywały się w brunetkę.
- Chyba tak - odpowiedziała z niezręcznym uśmiechem.
- No? Na co czekasz? Opowiadaj jak życie.
Dziewczyna rozejrzała się dookoła. Zauważyła sprzedawczynię. Miała lekko różowe włosy, zakręcone w loki. Okrągłe złote okulary na łańcuszku. Jak miła starsza pani, pomyślała. Ale nie wyglądała na miłą, miała oczy zimne jak lód. Bacznie przyglądała się dziewczynie.
- Tutaj? Może gdzieś pójdziemy? O, pamiętasz tę herbaciarnię na rogu trzydziestej czwartej? Jeśli masz czas...
- Dla ciebie zawsze mam czas, Meli - uśmiechnął się łobuzersko. Zrobiło jej się miło, kiedy byli mali, wymyślali sobie przezwiska. Ona była Melita, Melly, Melis, Melcy, a nawet Milkyway. Ale i tak wolała jak mówi się do niej Melanie, tak po prostu. I tak już uważała, że nazywa się jak kot, a przezwiska tylko ją denerwowały.
- To chodźmy.
*
Kiedy dotarli na miejsce, Mel odetchnęła z ulgą. Kolejne miejsce, które pozostało takie samo. Na ścianach nadal widniała ta sama farba, brąz wpadający w fiolet. Na niej wisiały obrazy pokazujący jak zmieniała się metropolia od czasu jej początku. Przy każdym szklanym stoliku znajdowała się albo kanapa, albo fotele, które wyglądały na przesiąknięte już starością. Mimo tylu lat nadal były wygodne. W głębi pomieszczenia znajdowała się mała scena, na której występowali amatorzy. Co jakiś czas organizowano wieczorek poezji. Jej matka była wielką fanką i chciałaby, żeby córka również miłowała sztukę, dlatego zawsze, kiedy było to możliwe przyjeżdżały oglądać występy.
Za ladą stała siwowłosa staruszka z zielonym fartuszkiem. Którą dziewczyna również kojarzyła. Meredith.
Usiadła razem z Colinem w rogu, czekając na swoje zamówienie.
- Dlaczego postanowiłaś wrócić? - chłopak usadowił się w miękkim fotelu.
- Mój dziadek zmarł, a babcia jest w szpitalu, więc nie mogła sprawować opieki. A póki nie skończę osiemnastu lat jestem...
- Uwięziona - dokończył za nią.
- Dokładnie - poprawiła ręką grzywkę w chwili kiedy staruszka przyniosła herbatę. Ona zamówiła zieloną, a on owocową. - A co u ciebie, wujka i cioci? - mimo że tak naprawdę nie była z nimi spokrewniona, mówiła do jego rodziców jak do rodziny. Nawet nie pamięta dlaczego. Może spędzała z nimi za dużo czasu? Posłodziła swoją herbatę.
- Nic specjalnego, wiesz... - opuścił wzrok i podniósł kubek.
- Jak nic specjalnego? - uśmiechnęła się. - Wujek nadal jest na służbie?
- Właściwie to on... był na ostatniej służbie, rok temu, w Iraku. Nie wrócił z niej, dostaliśmy wiadomość, że... nie żyje. Matka się załamała, dopiero miesiąc temu odstawiła leki i wróciła do normalnego życia.
I ta niezręczna chwila. Co ona miała mu teraz powiedzieć? Przykro mi? Było jej przykro, ale to jest najgorsza rzecz, jaką chce się słyszeć, nawet po tak długim czasie. Nienawidziła, kiedy ludzie się jej pytali po śmierci dziadka, jak się czuje, jak daje sobie radę, czy czegoś potrzebuje. Okazywali troskę, użalali się nad nią. I wiedziała, że on nie potrzebuje jej współczucia. Przeklęła w duchu. Wiedziała, jak on się teraz czuje. Ale nie zdobyła się na nic więcej jak na same:
- Okay.
- Okay. - Odpowiedział, podnosząc z powrotem wzrok.
- Tak.
- Tak.
- Możesz już przestać? - zwróciła mu uwagę, odstawiając kubek z gorącą herbatą.
- Przestać? Ale co?
- Papugować po mnie! - udała urażoną, a on się zaśmiał.
- Okay.
- Okay.
*
Wróciła do domu późnym wieczorem. Czuła się bardzo dobrze, długo brakowało jej tego uczucia.
Kiedy na dworze zapanował zmrok dziewczyna weszła głównymi drzwiami, chcąc uniknąć tych ogrodowych. Nadal kiedy zamykała oczy, widziała ciało Alais. Wzdrygnęła się na samą myśl.
- Melanie?! - Rose wpadła rozwścieczona do salonu. - Gdzie ty do cholery byłaś?! Dzwoniłam z milion razy! Nie miałaś zamiaru odebrać? Co ty sobie wyobrażasz? Nie ma cię cały dzień, ja tu od zmysłów odchodzę, ty... - umilkła. - Idź do pokoju.
Czy ona naprawdę zachowywała się jak matka która krzyczy na zbuntowaną córkę? Czy ona właśnie robiła jej kazanie? Chyba coś jej się pomyliło, pomyślała brunetka.
Melanie przewróciła oczami i wbiegła na górę po schodach. Kiedy znalazła się już w swoim pokoju, zatrzasnęła drzwi, nie pozwalając przy tym wejść siostrze. Jednak to nie przeszkodziło Rosalie by wejść do środka.
- Dobra, przepraszam. Nie powinnam była tak naskakiwać, ale... martwiłam się, rozumiesz - oparła się o framugę.
- Nie. Właśnie, że nie rozumiem. Nie jesteś moją matką, Rose. Pamiętasz o tym?
- Wiem, przecież jestem twoją siostrą.
- Tak, jesteś moją siostrą, ale tylko na papierku. Nigdy nią naprawdę nie będziesz. Gdzie byłaś przez te wszystkie lata? No pytam się, gdzie wtedy byłaś? Od trzech lat nie miałam z tobą żadnego kontaktu. Więc proszę cię, nie mów, że się martwisz. Jestem ci zupełnie obojętna tak jak i ty mi. Więc skończ i wyjdź, chcę się położyć.
Blondynka opuściła wzrok, chciała coś dodać, ale zrezygnowana wyszła z pokoju.
Kiedy Rose wyszła, Melanie poczuła ścisk w gardle. Nigdy nie sądziła, że coś takiego powie. Nie chciała tego, ale ona wyprowadziła ją z równowagi. Szybko stłumiła w sobie poczucie winy i sięgnęła po notatnik i ołówek. Zaczęła rysować.
*
Odłożywszy zeszyt podeszła do szafy. Przebrała fioletową sukienkę na czarne spodenki z szarą, zdecydowanie za dużą koszulkę z napisem. Zaplotła włosy w kitkę i usiadła na dywanie. Miała zamiar się rozpakować, ale nie miała na to siły. Wyciągnęła telefon z kieszeni i dopiero teraz zauważyła dwadzieścia cztery nieodebrane połączenia. Okay, Rose mogła się zdenerwować. Odkładając telefon, usłyszała hałasy w kuchni, jakby ktoś rzucił talerzem o ścianę. Spojrzała na zegarek; dochodziła dwudziesta druga.
Stwierdziła, że rozpakuje się kiedy indziej. Wstała i już miała się położyć, kiedy znów usłyszała hałas i... krzyk? Mimowolnie sięgnęła po kij bejsbolowy, ten od wujka Nicka, i ruszyła na dół.
Im znajdowała się bliżej kuchni, tym hałas był głośniejszy. Coś podobnego do odgłosu bójki. Będąc już na parterze zauważyła jaskrawy kolor, czyżby się paliło? Przez szparę w drzwiach zajrzała do pomieszczenia. Na początku nic nie widziała prócz płomieni, ale później zauważyła dwie postacie, najprawdopodobniej mężczyźni ubrani na czarno, pochyleni nad... Rosalie. Brunetka zamarła.
- Nie żyje, robota wykonana, możemy iść - burknął jeden do drugiego, klaskając w ręce.
- Nie powinniśmy jej zabrać?
- Po co? Nie żyje. Nowa Waga urodzi się dopiero za kilka miesięcy, nasz Pan zdąży w tym czasie wcielić plan w życie. Jest nam niepotrzebna. - Odparł i wyszedł. Drugi zrobił to samo.
Kiedy Melanie uznała, że już jest bezpiecznie weszła do kuchni. Najpierw ogarnęła ją fala gorąca przez płomienie, a następnie dotarła do niej fala zimna przez otwarte drzwi. Uklękła przy siostrze. Wyglądała zupełnie jak tamta kobieta, która leżała dokładnie w tym samym miejscu jeszcze kilka dni temu. Poleciały jej łzy. Odepchnęła od siebie myśli. Zauważyła ranę tuż obok serca, nie znała się na tym, ale wiedziała, że była głęboka. Skóra była lekko zwęglona, Melanie od razu cofnęła dłoń. Rose cała płonęła. Dopiero teraz pożałowała tych słów, słów, które powiedziała jej tuż przed śmiercią. Przecież ona tak nie myślała. Tak się mówi tylko w złości.
Zaschło jej w gardle. Serce jej się ścisnęło. Odwróciła głowę, by rzucić kij gdzieś w kąt, kiedy ktoś złapał ją za rękę. Krzyknęła z bólu i przerażenia. Nie tak normalnie. Ten uścisk był stalowy i gorący. Kiedy się odwróciła zobaczyła, że siostra resztkami sił ściska jej nadgarstek. Melanie nie mogła wytrzymać bólu, próbowała wyrwać rękę, ale nic.
- Hic venit. Zostałaś Wagą.
Głowa Rose z powrotem opadła na kafelki.
Melanie wyrwała rękę i krzyknęła jeszcze głośniej. Odsunęła się tak daleko, jak tylko mogła. Spojrzała na swój nadgarstek. Wyglądał tak, jakby się oparzyła.
Płomienie wokół niej zgasły.
Koniec :3
Edit od bety: Nigdy więcej sprawdzania rozdziałów po północy, Olu. Więcej błędów było z mojej winy niż z Twojej xD

Em, pierwsza xD
OdpowiedzUsuńNie będę Ci tu nic pisać, bo mi się nie chce ;x Pisałam na gg ale żeby nie było, że nawet teraz nie skomentowałam, więc no xD
Weny! <33
Tym razem to te przecinki musiałam dopisywać, no wiesz? ;x
OdpowiedzUsuńAle poza tym to było lepiej, tak xD
Było późno i nie dałam rady wszystkiego poprawić, wieczorem jeszcze zerknę C;
Rozmowa Mel i Colina piękna ^^ Ale krótko mówili okay, my możemy dłużej, pff ;x Co oznaczają słowa wypowiedziane przez Rose? Tłumacz mi nie podpowiada C;
Weny! <3
O Boże, Boże, *o* Co ty zrobiłaś Rose!? Dlaczego?! Colin <3 Ale jaka waga? O co chodzi? :o Pisz szybciej, bo nie wytrzymam! ;-;
OdpowiedzUsuńJeju, ale ty jesteś utalenowana. Piszesz na serio cudownie, zazdroszczę Ci. :(
OdpowiedzUsuńWeny dużo! <3
Dobrze skończyłam wszystko od prologu i powiem tyle:
OdpowiedzUsuńJesteś okropnie utalentowaną osobą!
Piszesz wspaniale!
I do tego jeszcze te wszystkie twoje pomysły <333
Oddasz trochę talentu?
Jejku to opowiadanie jest takie magiczne *o*
Biedna Melanie ;c
Straciła tyle bliskich ;c
Jako szkoda, że Rose umarła polubiłam ją xD
I polubiłam tego przyjaciela Rose :D
Spiknij go z Melanie co?
Czekam na next ;*
Kinga Blanco
W imieniu załogi DHL witam Cię w naszym stowarzyszeniu!
OdpowiedzUsuńFaceless ;-)
Hej. Na swoim blogu nominowałam Cię do nagrody Libster Award. Więcej informacji oczywiście u mnie - http://wanna-hear-your-heart.blogspot.com/.
OdpowiedzUsuńZ niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.